Klub Przyjaciół Filharmonii Poznańskiej w “Elphie”

Hamburg Kosmos Muzyka

Zrobiła błyskawicznie niespotykaną furorę. Ma dopiero rok, lecz już stała się legendą. Każdego dnia tłumy wpatrzone w srebrno-niebieskie okna, liczą na ekscytującą wizytę w jej salach. Prawdziwe szaleństwo, choć to nie żadna super galeria handlowa, lecz… filharmonia, w której króluje muzyka – aż strach powiedzieć – symfoniczna!

Elbphilharmonie – Filharmonia nad Łabą – stoi w Hamburgu, w samym sercu wielkiego portu morskiego (choć stąd ponad 100 km do Morza Północnego). 110-metrowego szklanego kolosa, zbudowano na murach starego, ceglanego spichlerza. Przed laty składowano w nim tysiące ton kakao, tytoniu i herbaty. Teraz, w nowym obiekcie – oprócz sal koncertowych – znalazło się jeszcze miejsce na hotel, biura oraz ekskluzywne apartamenty.

Kupienie biletów na koncert w Wielkiej Sali (2100 miejsc) jest niemal utopią. Na wszystkie wydarzenia, miejsca są błyskawicznie wysprzedane, jednakże czasem – nie mówcie nikomu – zdarza się traf jak w totku. Klubowi Przyjaciół Filharmonii Poznańskiej, po długim pukaniu i mailowaniu, rzecz taka się udała! Zdobyliśmy 70 biletów na koncert w “Elphie” – jak pieszczotliwie o swej nowej filharmonii mówią hamburczycy.

I oto przed nami owa sensacja architektoniczno-muzyczna. Kolos na samym cyplu półwyspu, wyrasta jakby z wody. Przed 12 laty pomysł na takie rozwiązanie zaproponowała Hamburgowi para cudzoziemców: Aleksander Gerard – architekt i deweloper z Nowego Jorku i Jana Marku – historyczka sztuki z Austrii. Ratusz odpowiedział jednak, iż metropolia nad Łabą nie może sobie pozwolić na szaleństwo za 50 milionów euro. Marku i Gerard nie zamierzali jednak spasować i wytrwale szukali sprzymierzeńców. Stali się nimi sławni architekci ze Szwajcarii: Jacques Herzog i Pierre de Meuron (projektanci Allianz Areny w Monachium i stadionu olimpijskiego w Pekinie). Do projektu zapalił się Japończyk Yasuhisa Toyota (ten od genialnych koncepcji akustycznych dla nowej filharmonii w Paryżu, Concert Hall w Los Angeles, czy sali NOSPR-u w Katowicach).

Tymczasem stała się rzecz nieszczęśliwa, która jednak szczęśliwie wpłynęła na dalszy bieg wydarzeń. Hamburg przegrał mianowicie z Pekinem batalię o olimpiadę w 2016 roku i miasto nad Łabą na otarcie łez potrzebowało gwałtownie impulsu rozwojowego. Przed gabinetem burmistrza znów stanęli Marku z Gerardem, dzierżąc w teczce szkic Herzoga z olbrzymim “żaglem” dorysowanym na cesarskim spichlerzu. Szef miasta marudził mocno, ale haczyk połknął. Szalony projekt dostał zielone światło od Rady Miasta. W 2007 roku Hochtief, największa firma konstrukcyjna w Niemczech, rozpoczęła na wąskim półwyspie wyjątkowo trudne prace budowlane. Otwarcie zapowiedziano na maj 2010, lecz piętrzyły się coraz to nowe trudności techniczne i finansowe. W końcu wstęgę przecięto wiosną… 2017 roku. Mimo kpin z tego opóźnienia, był to prawdziwy hit konstrukcyjny i wizerunkowy. Tylko księgowi z Ratusza zdębieli widząc zamykający całość rachunek: 866 milionów euro!!!

Jakoś to jednak w Hamburgu przełknęli, zatem wchodzimy śmiało do Filharmonii nad Łabą. Dokładniej – wjeżdżamy najdłuższymi w Europie schodami ruchomymi (82 metry – 2 minuty 37 sekund jazdy). Jesteśmy na dachu ceglanego spichlerza – to taras widokowy bez szyb, za to z kawiarniami i tłumem ludzi. Nad nami jeszcze 19 pięter szklanego “żagla”. Windy wiozą nas na 14 piętro. Olbrzymi port wygląda stamtąd świetnie. Po Łabie we wszystkich możliwych kierunkach pływają dziesiątki statków, fregat, liniowców, holowników. W Hamburgu trwa bowiem właśnie tydzień, który od lat nazywany jest “urodzinami portu”. Nabrzeża odbijają echem sygnały statków, tłumy mieszkańców i gości pozdrawiają załogi. Przez olbrzymie, żarowo pofalowane okna “Elphie”, widać wszystko jak na dłoni. Oto ciągnięty przez malutki holowniczek, płynie pod nami majestatycznie “Queen Elizabeth”, 12 piętrowy biało-czarny wieloryb z czerwonym kominem. Setki ludzi na pokładach kolosa wyglądają jak krasnoludki, a wiwatom w blasku fotograficznych fleszy nie ma końca. Hamburg, uchodzący za najbardziej otwarte miasto Niemiec, świętuje radośnie nad swoją rzeką.

Tymczasem dla nas nadchodzi moment najważniejszy – zmierzamy na koncert. Po skrupulatnej kontroli biletów, wchodzimy do Wielkiej Sali. Pierwsze wrażenie: ogrom widowni, jakby współczesnego Koloseum, z estradą w centrum. Wszystkie ściany w kolorze jasnej szarości, zostały przez Yasuhisę Toyotę wyłożone tysiącami gipsowych paneli z milionami wklęsłości. Balkony niczym winnice okalają estradę, a z sufitu, kielichem w dół zwiesza się olbrzymia jakby tuba, nafaszerowana przymglonymi światłami. Laboratorium kosmiczne. Jeśli ktoś z zajmujących miejsca słuchaczy odkaszlnie (nawet dyskretnie) to stan jego oskrzeli słychać jak w słuchawce laryngologa. Akustyka – uwierzcie – nieco nawet deprymująca.

Na estradzie tutejsza Orkiestra Symfoniczna NDR, pod batutą jej pierwszego dyrygenta – Krzysztofa Urbańskiego. “Planety” to tytuł całego koncertu , ale także otwierającej go, siedmioczęściowej suity Gustava Holsta, skomponowanej w latach 1918-1920.

W Wielkiej Sali zapada całkowita cisza, na nabrzeżu tłum ludzi nieruchomieje przed olbrzymim telebimem. Hamburczycy zaczynają wojowniczym Marsem, a po nim ukazuje się łagodna Wenus, przebiegły Merkury, gigantyczny Jowisz, zagadkowy Saturn, magiczny Uran, mistyczny Neptun… Na tej muzycznej fotografii naszego kącika pod Słońcem, brakuje planety najpiękniejszej, ale to tylko pozorne “przeoczenie”. W finale, spoza sali, jakby z zaświatów, dołącza do orkiestry ledwie słyszalny chór. To przecież głos trwogi z planety, na której wciąż niestety, pojawia się dramatyczne pytanie: wojna czy przyjaźń?

Orkiestra w “Elphie” gra kosmiczną suitę z widocznym skupieniem, oddającym wielkie przesłanie i kontrastowy rozmach dzieła Holsta. Szczególnie waltornie i puzony lśnią doskonałym, wyrównanym brzmieniem, a kwintet i kotły imponują precyzją. Po ostatnim akordzie 2100 słuchaczy nie szczędzi więc braw i spontanicznych okrzyków uznania.

A po przerwie? Jeszcze większa euforia! Któż bowiem nie zna kaskadowych fanfar Johna Williamsa z “Gwiezdnych wojen”? Hamburczycy grają brawurowo, lecz prawdziwym bohaterem koncertu jest nasz rodak, 35-letni Krzysztof Urbański. Fantastyczna wręcz klarowność batuty, świetne poczucie rytmu, wrażliwość i wyobraźnia muzyczna, a do tego elegancja w każdym momencie! Młody Polak (uczeń maestro Antoniego Wita) to artysta światowego formatu. Wywoływany na estradę kilkukrotnie, bisuje ostatni fragment “Wojen” na zupełnym luzie. Widać, że orkiestra lubi muzykować pod jego batutą, słychać to w każdej frazie.

Mamy zatem frapujący wieczór w kosmicznej sali.

Po koncercie dyrygent wraz z małżonką znajduje specjalny czas dla naszej poznańskiej grupy. Przyjmuje zewsząd gratulacje i nie myśli szybko umykać do garderoby. Dzieli się swymi planami artystycznymi, przyjmuje z rąk dyrektora Filharmonii Poznańskiej, Wojciecha Nentwiga upominki (m.in. płyty z premierowymi nagraniami naszej orkiestry – symfonii Feliksa Nowowiejskiego) i obiecuje, że zawita ponownie do Auli UAM, w której ostatnio dyrygował Filharmonikami Poznańskimi w grudniu 2010 roku.

Słowo się rzekło Panie Krzysztofie… Czekamy!

Późną nocą centrum Hamburga już nieco luźniejsze, choć tętni ciągle “urodzinami portu”. Zatrzymujemy się na parę chwil przy Grosse Freiheit (Wielka Wolność). To ulica słynnych “czerwonych latarni”. Zawsze głośna, a nocami szalona i wyzywająca. Ale spokojnie – my kierujemy się w jej północny, wyciszony i zapomniany jakby rejon. W zapuszczonej kamienicy nr 64, kraty w drzwiach i oknach. Nad wejściem trzy nędzne żarówki oświetlają stare plakaty, a obok nie rzucająca się w oczy, wmurowana w fasadę tablica:

“Klub Indra. W 1960 roku przez kilka tygodni grał tu zespół The Beatles.”

Ot i powód naszej nocnej wizyty. Słynna czwórka z Liverpoolu – tutaj w Hamburgu zaczynała swą niebywałą karierę, choć w “Indrze” grali i śpiewali jeszcze bez Ringo Starra i momentami dość koszmarnie, ale potem… Światowe szaleństwo i fantastyczne przeboje Lennona, McCartney’a i Harrisona.

Może ktoś przed tym zamkniętym na cztery spusty klubem, zanucił sobie “Please Please Me”, “Love Me Do” albo “Yesterday”. To przecież była i jest muzyka. I to jaka! Muzyka naszej młodości.

Witold Młodziejowski